Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okiem Dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okiem Dziecka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2013

A na początku był chaos.

A na początku był chaos... Tak w kilku słowach można by streścić nasz pierwszy dzień w Bangkoku. Komunikacyjnie Bangkok nas przerósł, pokonał, rozłożył na łopatki. Bangkok to miasto zmotoryzowanych: samochodów, autobusów, taksówek, tuktuków i przede wszystkim motocyklistów. Pieszy się tu nie liczy. Pierwszeństwo na drodze ma zawsze większy, a pieszy jest na końcu "łańcucha komunikacyjnego".

Spacer w Bangkoku to ciągła walka o przetrwanie. Pieszy w Bangkoku to podkategoria człowieka. Na niewielu skrzyżowaniach są instalowane światła dla pieszych. Przechodzenie przez ulicę to ciągła walka, ucieczka spod kół samochodów, motocykli czy tuktuków. 

Mapy turystyczne są przeskalowane, obiekty, które na mapie wydają się blisko, okazują się bardzo daleko od siebie. Dodatkowo, na mapach oznaczone są tylko główne ulice, a pominięte te mniejsze, co dodatkowo utrudnia poruszanie się po mieście.  Próbowaliśmy kilkakrotnie dotrzeć pieszo do naszego celu, ale w większości przypadków kończyło się to porażką i na miejsce dojeżdżaliśmy tuktukiem, ku uciesze chłopców, którzy uznali to, jak na razie, za największą atrakcję Bangkoku.

Mimo to Bangkok da się lubić. Uśmiechnięci i pomocni ludzie, zgiełk, wspaniałe zapachy jedzenia, niesamowite kolory. Pierwsze wrażenie pustego miasta było złudne. Dziś zobaczyliśmy Bangkok tętniący życiem, kipiący kolorami i zapachami. Jutro kolejny dzień w Mieście Aniołów. Dajemy mu kolejną szansę. Zobaczymy czym nas zaskoczy....













środa, 20 marca 2013

Madryt by Miki&Bartek

Byliśmy bardzo podekscytowani wyprawą do Hiszpanii, bo bardzo chcieliśmy pojechać do Madrytu i opuścić tydzień szkoły. Pierwsze wrażenie jakie zrobił na nas Madryt nie było zbyt fajne, ponieważ od hiszpańskiego lotniska spodziewaliśmy się większych luksusów, a było stare i brzydkie. Na lotnisku nie mogliśmy znaleźć odpowiednio taniej taksówki, która mogła by nas dowieźć na plac Sol, wiec pojechaliśmy metrem. Na stacji metra od razu zakochaliśmy się w hiszpańskich słodyczach, które były zupełnie inne niż w Polsce. Rodzice pozwolili nam na pierwsze zautomatyzowane batoniki, ale automat nie polubił mnie, bo nie chciał przyjąć pieniędzy. Kiedy spróbował Bartek wypadły aż dwa batoniki - to wydawało mi się dziwne :(.

Nasz hostal OD RAZU po naszym przyjeździe otrzymał miano "klitki pod skunksem" - można się domyślić dlaczego. {: Po rozpakowaniu poszliśmy zaspokoić głód do pierwszej lepszej restauracji. Okazało się, że pierwsza naprawdę była lepsza i nazywała się Alhambra. Zjedliśmy naszą ulubioną hiszpańską szynkę, a na deser donuta w Dankin donouts, co zawsze było naszym marzeniem . Szkoda, że nie ma ich w Polsce.

Koło naszego hotelu był fajny sklep piłkarski - Futbolmania. Były tam zdjęcia z autografami piłkarzy, koszulki różnych klubów i najnowszy model korków Nike. Byliśmy tam codziennie.

Następnego dnia rano poszliśmy na zwiedzanie starego Madrytu. Pełno tam było zabytków i rzeźb, ale nas najbardziej zaciekawił pan z Polski puszczający wielkie bańki, w których nas zamykał :). Następnie ruszyliśmy do Madrid Rio - parku, w którym jest mnóstwo atrakcji - Raj dla dzieci :). Po południu pojechaliśmy na nasze wymarzone Santiago Bernabeu. Na stadionie Realu było cudownie, zwiedzanie trwało około 1 godz. 30 min. - trochę za krótko. Stadion był wielki, a w środku było muzeum poświęcone największym graczom Realu, takim jak Di Stefano, Zidane i Cristiano Ronaldo. Były też duże ekrany dotykowe ze zdjęciami i filmami z najlepszymi bramkami. To było super! Następnie obejrzeliśmy stadion z górnych trybun - wyglądał pięknie, cały niebieski.
Następnego dnia poszliśmy do Marca Cafe gdzie obejrzeliśmy Real w akcji w meczu z Barceloną. Cała restauracja kibicowała Realowi więc czuliśmy się dziwnie z tatą w szaliku Barcelony. Na szczęście znalazła się osoba kibicująca Barcelonie i był to kucharz. Tata dał mu szalik Barcelony, za co my dostaliśmy dużo breloczków z mini bucikami Messiego. Bardzo nas to ucieszyło. W drodze powrotnej poszliśmy do sklepu ze słodyczami, który należy do znajomych rodziców i mogliśmy sobie wybrać duuużo różnych żelków. Był nawet herb Realu Madryt do zjedzenia. Po drodze weszliśmy też do dużego sklepu z zabawkami elektronicznymi, gdzie można było wszystko dotykać, szkoda tylko, że nie mogliśmy nic kupić. 
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak zleciał nam krótki pobyt w Madrycie. 



 Get Adobe Flash player
Photo Gallery by QuickGallery.com










poniedziałek, 18 marca 2013

Okiem dziecka

Podróżowanie z dziećmi ma swoje dobre strony. Za każdym razem, przed wyjazdem powtarzamy to sobie jak mantrę: MA DOBRE STRONY, MA DOBRE STRONY! Chłopcy poznają Polskę, świat, inne kultury, zwyczaje, nabierają motywacji do mówienia po angielsku. Same plusy.

Mimo to, w trakcie naszych wyjazdów ZAWSZE zdarza sie moment, kiedy z ust któregoś z nas pada: "Ostatni raz jedziecie z nami! Nastepnym razem zostajecie u babci, a my bedziemy w końcu odpoczywać".

Czy da się bezstresowo, bezkonfliktowo i przyjemnie podróżować z dziećmi? Zastanawiamy się często czy w naszym przypadku to jest w ogóle kwestia podróżowania czy naszych charakterów.

Planując wyjazd, zwykle staramy się znaleźć kompromis pomiędzy nami i dziećmi. Kompromis to takie brzydkie słowo, które oznacza, że ani jedna ani druga strona nie jest do końca zadowolona. Często słyszymy: "Możemy już iść z tego muzeum?", "Cooo? Tylko nie zwiedzanie z przewodnikiem!!", "Ale fajny plac zabaw!!!", "Możemy pójść do Dunkin' Donuts?", na co my odpowiadamy: "Panowie, to wspaniałe muzeum", "Jesteśmy tu dopiero półtorej godziny", "Plac zabaw masz w Polsce pod blokiem", "Spróbuj hiszpańskich tapas, a nie zapychasz się tymi plastikowymi pączkami!"

W końcu jednak, często po prostu dla wlasnej wygody, odpuszczamy i pozwalamy im "zwiedzać" na swój własny sposób. Dzięki temu mieliśmy w Madrycie półtorej godziny wylegiwania się w słońcu, kiedy młodzi biegali po placu zabaw nad Manzanares. Podobnie w Barcelonie: oni na huśtawce na Plaza Tetuan, a my obok na porannej kawie. Kiedy wieczorem w Madrycie sączyliśmy piwko w barze, młodzi sami biegli do Dunkina na rogu i po angielsku tłumaczyli hiszpańskiemu sprzedawcy jakiego chcą pączka. Zawsze z sukcesem. Czyli są jednak jakieś plusy :)

Ponieważ przeżywamy nasze wyjazdy w tak odmienny sposób pomyśleliśmy, że namówimy chłopców do opisania swoich dzięcięcych wrażeń po swojemu (w ten sposób, podstępnie zmobilizowaliśmy ich do pisania czegokolwiek, poza codzienną pracą domową). Tak więc już niebawem pojawi się na naszym blogu pierwsza relacja by Miki&Bartek! So Stay tuned!

 

Jedzie się Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger